Relacja z wejścia na Kasprowy Wierch i zjechania z niego.

 

Wszystko zaczęło się – paradoksalnie- dzień wcześniej, kiedy wieczorem Wędrowniczy zastanawiali się, gdzie iść. Ogólnie mówiąc sytuacja wyglądała dosyć monotonnie- Stachu tylko pytał, co chcą robić, Wiktor chciał iść na narty, albo na wędrówkę, Konrad powiedział, że się dostosuje, a Franek nie chciał iść na narty i na wędrówkę.

Finalnie poszli na wędrówkę bez Franka.

Rano, zaraz przed śniadaniem wiedzieli już, gdzie możemy wypożyczyć raki, kto nas podwiezie oraz kiedy. Wiedzieliśmy też, że nie stać nas na obiad na Kasprowym Wierchu- razem wzięliśmy 18 kanapek, część w brzuchach.

W wypożyczalni było przyjemnie ciepło, żółte ściany lat osiemdziesiątych zgrywały się z wąsem jegomościa wypożyczającego sprzęt. Sama transakcja przebiegła bez problemów, kto by pomyślał, że formułka „Z pozdrowieniami od harcerzy” działa takie cuda.

Kwadrans później Wędrownicy byli już poza samochodem, udając się z buta w stronę gór majaczących się w oddali, póki co widoczność była znośna. Zaraz obok wejścia na kolejkę znajdywała się tablica z mapą, pora było wybrać szlak, bez zbędnego gadania padło na zielony. Właśnie wtedy zaczęły się schody. Dosłownie. Moment po wejściu schodami koło kolejki trzej mężczyźni zaczęli zakładać raki.

Powietrze było czyste, plecaki ciężkie, widoczność średnia, a morale wysokie. Wiktorowi rak rozleciał się po raz drugi. Trasa się zaczęła.

Żaden z nich nie chodził wcześniej w rakach, jednak wszystko było lepsze od ślizgania się po śniegu, tym bardziej, że nikomu nie sprawiały problemu. W lesie, już dalej od ostatnich zabudowań panował spokój, jedynie od czasu do czasu można było usłyszeć pozdrowienia nielicznych turystów, śnieg prószył majestatycznie, powoli. Wiktorowi rozleciał się rak po raz trzeci.

– Konrad, a rak może mieć raka? – Spytał najwyższy, przewodnik ekspedycji.

– Nie wiem.

Szli raczej płasko, niż pod górę, ramię w ramię zaraz obok siebie, nie zwracając uwagi na nieliczne ścieżki, raczej zwierzęce niż ludzkie dołączające się do szlaku. Pogoda utrzymywała się w tym samym stanie, czyli ni w pięć, ni w dziewięć, Wiktorowi, najmłodszemu rak rozleciał się po raz czwarty.

Czas mijał monotonnie, rozmowy przerywane ciężkimi oddechami zwalniały, kiedy było pod górę i przyśpieszały podczas marszów po równym terenie, ścieżka powiodła ich wąską, ciągnącą się w górę prostą drogą wśród pokrytych śniegiem drzew. Najmłodszemu z wędrowców rozleciał się rak po raz piąty.

Dotarli do stacji kolejki liniowej, a konkretnie Myślenickich Turni. Przerwę spędzili mniej więcej pół na pół odmachując dzieciom w wagonach i jedząc prowiant i pijąc herbatę. Z wyjątkiem Wiktora, który zajął się naprawą raka, ten ostatni rozleciał się po raz szósty.

– Czemu im machasz, jak nie odmachują?

– Dla sportu.

Jakiś kilometr dalej i około czterysta metrów wyżej, zaraz pod jednym z wielu słupów kolejki zalegających okolicę byli już po trzech postojach i dwóch herbatach. Z termosu oczywiście. Promienie słońca migotały odbite od śniegu zalegającego na górach widocznych z całej okolicy, akurat podczas tego postoju pogoda była czułkiem całkiem. Rak na prawej stopie Wiktora przestał się już psuć.

– Ej, a mogę wejść? – Spytał Konrad jedząc jabłko.

– Zobacz, czy jest zakaz.

– Ej, jest zakaz na drabince– zmarkotniał Konrad – ale w sumie z drugiej strony słupa nie ma – dodał ucieszony jedząc już ogryzek.

– Kurde, w rakach się nie da wejść…

Powietrze było zamglone, plecaki trochę lżejsze, widoczność gorsza, a o morale nikt nie pytał.

– Dlaczego wagoniki mają taką dziurę od spodu? – Po dłuższej chwili odezwał się Patrolowy – do czego to może służyć?

– A co, jeśli to jest port dla R2D2? – Powiedział Konrad, jedząc szypułkę od jabłka.

– Ja myślę, że to coś do dokowania – odpowiedział Wiktor naprawiając rak na lewej stopie.

Pogoda wyraźnie się pogorszyła, niebo zaciągnęło się mlecznymi chmurami, a może po prostu byli już tak wysoko? Śnieg sypał mocno, aczkolwiek niedotkliwie. Gęste płatki otoczyły wędrowników zmniejszając widoczność jeszcze bardziej niż drzewa. Mimo tego jakby instynktownie wiedzieli, gdzie iść. I tak było przez następną godzinę. Wiktor już dawno olał problem rozpadających się raków.

Ponad tysiąc kroków dalej, kilka postojów i litr herbaty później dotarli do ostatniego drogowskazu, Kasprowy Wierch półtorej godziny prosto. Problem w tym, że sam drogowskaz ledwo było widać, teraz zdecydowanie weszli w chmurę. Raki Wiktora przestały się rozpadać.

Jeżeli wcześniej mogli mieć wrażenie, że chodzą w górach jak u siebie, o tyle teraz nie mieli wątpliwości, że trafili do Tatr. Od tego miejsca skończyły się drzewa i wszystko, co je przypominało, ich miejsce zajęła śnieżyca, szron, lód i śnieg.

– chłopaki, czekajcie… – sapał Patrolowy – lata już nie te, potrzebuję uspokoić tętno.

Dalsza droga upływała na domyślaniu się, gdzie właściwie znajduje się Zielony Szlak-wszechobecna biel, czasem tylko ustępująca skałom nie ułatwiała Wędrownikom drogi. Droga od puchu, który okalał ich zewsząd różniła się tym, że była ugnieciona bardziej o kilka centymetrów, dosyć trudne do zauważenia.

W sukurs przyszedł im śnieg, który był na tyle uprzejmy, że pozwalał się w sobie zapadać po kolana, kiedy tylko zeszło się z szerokiej na pół metra ścieżki, trudno było nie docenić takiego gestu.

– Spróbuj mojej pasty do zębów, jest chyba przeterminowana, bo nie smakuje jak pasta do zębów.

Kilometr dalej i równocześnie osiemset metrów wyżej najstarszy zaczął odstawać od pozostałych dwóch. Na przedostatnim wzniesieniu został już w tyle. Szlak już wcześniej zaczął wspinać się na skos, brakło miejsc na stawianie stóp, niezastąpione okazały się raki, pozwalające na wbijanie się w coraz to twardszy lód, już nie śnieg.  Po prawej stronie wyłonił się wyciąg wiozący narciarzy, na ten sam szczyt, na który zmierzali.

Na przedostatnim wzniesieniu doścignęła ich chmura, przy piętnastometrowej widoczności lepiej było iść wzdłuż głosów jadących narciarzy i starać się nie spaść z grani uformowanej ze śniegu.

Podczas ostatniego podejścia niezbędne było asekurowanie się i wzajemne wciąganie za ręce, aż do szczytu.

Historia może wydawać się bez puenty, jednak jest ona wciąż obecna- nie chodzi o to, abyśmy dochodzili do celu bez przeszkód, ale by cel był naprawdę wymagający.

 

Środkowopomorski ZHR

FREE
VIEW