“Mam nadzieję, że nie stchórzysz”, czyli zbiórka Szarotek

Ostatnia zbiórka zztu zaczęła się SMSem, jak każda inna, ale ta krótka wiadomość tekstowa budziła niepokój – nadgorliwa poprawność interpunkcyjna nie wróży nigdy nic dobrego. “Mundury polowe i musisz być przygotowana na deszcz. Może przydać Ci się mapnik i kompas, a może i nie. Ale pewnie lepiej by wyszło gdybyś jak by co miała go ze sobą.”

Nie próbowałyśmy spodziewać się niespodziewanego, tylko porządnie się spakować i znaleźć się w odpowiednim miejscu o wyznaczonej godzinie. Martyna biegła na miejsce X ,ale nie miała pewności czy dotrze tam na czas. Tak, została wprowadzona w błąd przez Maję gdy się rozdzielały na Zwycięstwa i szukała drogi wyjścia, a bardziej dojścia. Do celu. Upewniła się, że dobrze idzie, pytając mijanych koszalinian. Oni odpowiadali półsłówkami, ale Martyna szczęśliwie dobiegła do X. Stała jak zawodnik na linii startu po porządnej rozgrzewce.

Maja myślała, że zna Koszalin. Poruszała się przecież po nim od lat i wątpiła, że kiedyś będzie się czuła jak turystka. O dziwo, nazwy ulic i alei brzmiały obco i nie przypominały jej nic konkretnego. Szła zgodnie z wcześniej prześledzoną na mapie trasą i gdy dotarła na miejsce Y czuła się jak na innej planecie, odkrywając nowe życie w przyciętych krzewach otaczających bramę, pod którą czekała na dalsze instrukcje. Miała jeszcze chwilę na zapoznanie się z błyszczącymi listkami żywopłotu.

Asia pojechała autobusem, bo jej miejsce Z stanowił niepozorny przystanek, przez który codziennie przewijają się setki ludzi. Miała zapas, nie było mowy o spóźnieniu. Stawiła się 10 minut wcześniej. Wypełniała ją ekscytacja i niepewność, a te dwa składniki stworzyły mieszankę wybuchową. Asia czekała w wyznaczonym miejscu Z jak tykająca bomba.

Dźwięk powiadomienia z kieszeni był iskrą podpalającą lont. Każda z nas usłyszała ten sam pisk SMSa. Wiadomość podobna do poprzednich – treściwa. Miałyśmy 9 minut by spotkać się w miejscu X. Martyna czekała na nas, gdy nam zacierała się siatka ulic w głowie i mijane biegiem budynki. Nie było czasu do stracenia, a każde spojrzenie na zegarek potęgowało kołatające nami emocje. Gdy się spotkałyśmy górę dała radość, czego nie kryłyśmy. Następnie nasza przyboczna związała nam chusty na twarzach i wpakowała do samochodu. Gdy nic nie było widać ciężko orientować się w czasie i przestrzeni, dlatego nie powiem wam jak długo to trwało i ile kilometrów przejechałyśmy. Tak czy siak ostatecznie otworzyłyśmy oczy i dostałyśmy mapę i dwie krótkofalówki. Z mapą i krótkofalówkami miałyśmy do czynienia, ale budżet 5 złotych i lista zakupów pozwoliła nam poszaleć w wymyślaniu sposobów na zdobycie wszystkich wymaganych produktów.

LISTA PRODUKTÓW

-ogórek x2

-pomidor x2

-papryka x2

-majonez (dużo) {Ile to dużo? Iga?}

Droga nie dłuży się w wybornym towarzystwie i w Świeszynie miałyśmy już plecak wypchany jedzeniem, pół trasy za nami, kilka odcisków i jeszcze nie dosyć. I jedną włączoną krótkofalówkę, ale to nieistotne. Ostatni odcinek był o tyle wyjątkowy, że zwiększyła się nasza wesoła załoga – dołączyła do nas kadra. Po dotarciu do Niedalina (pragnę nadmienić, że to miejsce wielu dobrych wspomnień, związanych z jednym z biwaków) zakasałyśmy rękawy i prędko ugotowałyśmy posiłek, który pewnie będziecie mogli podziwiać na poniższych zdjęciach. Moczyłyśmy nogi na pomoście, tak jakby nie istniało jutro i przeziębienie. Nie czułyśmy napiętych mięśni, niepewności ani upływu czasu. I bardzo dobrze, bo nasza zbiórka skończyła się wyraźnym happyendem, które wszyscy uwielbiamy.

Do zobaczenia wkrótce!

Środkowopomorski ZHR

FREE
VIEW